Biedne dziecko

Wszyscy jesteśmy Brytyjczykami. Najpierw czekaliśmy na tę ciążę od momentu, kiedy księżna Kate wyszła z kościoła jako żona następcy tronu. Potem w nią gremialnie zaszliśmy, a teraz jesteśmy na porodówce i czekamy w napięciu na królewskiego potomka. Takie przynajmniej można mieć wrażenie oglądając media, które od rana oszalały.

Oto kwintesencja kultury współczesnego celebrytyzmu. Na świat przychodzi najsłynniejszy celebryta na świecie. Śledzimy jego życie od poczęcia, nie damy mu więc spokoju ani na chwilę, chcemy tego, czy nie. Dzieciak ma już swoją stronę w Wikipedii, będzie małoletnim trendsetterem, który cokolwiek założy na siebie, uczyni z tego modę. Każdy jego krok zostanie opisany i oceniony. Będzie podlegał takiej samej brutalnej ocenie przez media jak inni celebryci, w tym jego rodzice, którzy między bajki mogą włożyć zapewnienia o „normalnym dzieciństwie“ swego dziecka. To dziecko będzie integralną częścią „firmy“ znanej pod nazwą Rodzina Królewska. Firmy, która walczy o jak najlepszy PR i „royal baby“ jest dla niej jak prezent gwiazdkowy.

Napędzane przez swych użytkowników stabloidyzowane zupełnie media, które oddychają tym samym powietrzem co lansowani przez nie celebryci, uzależnione od każdego focha czy pierdnięcia, są w amoku. I liczą zyski z kolejnych tekstów, okładek, newsów. A ludzie? Czy rzeczywiście warto się tym emocjonować? Czy ktokolwiek na warszawskiej ulicy naprawdę się tym emocjonuje? Kogokolwiek to naprawdę obchodzi?

Rozumiem, to wszystko to upubliczniona bajka o osieroconym wcześnie ślicznym królewiczu, który wziął sobie dziewczynę z ludu i jak w powieściach Barbary Cartland czy serialu „Dynastia“ będą mieli owoc swej miłości. Tak, ja wiem, że to bajka, którą kochamy i mamy do tego absolutnie prawo. Ale ta histeria i oczekiwanie jakby co najmniej miało wylądować UFO albo zmartwychwstać miał Elvis, ewentualnie Marilyn Monroe, jest szokująca.

Zabawne i smutne jednocześnie jest to, że w czasach, kiedy jest kryzys, dzieją się wokoło rzeczy trudne, ważne, straszne, a my żyjemy w kraju, w którym wali się budżet, od rana mówimy tylko o dzieciaku, który rodzi się setki kilometrów stąd i nie będzie miał najmniejszego wpływu na nasze kieszenie i nasze życie. Zupełnie jakby się umówiono w kwestii terminów, by „royal baby“ zamiótł pod dywan wszystko, co naprawdę ważne. Tak jest nie tylko w Polsce. Media wmówiły nam, że ten poród cokolwiek zmieni. Nic. Jedynie stan konta paru zajmujących się tym dziennikarzy i producentów odzieży dziecięcej i gadżetów.

Wiele widziałam, ale mnie to szokuje i jest bolesnym dowodem na to, że tabloidyzacja osiągnęła swoje apogeum.

Tylko dzieciaka żal. Oby było zdrowe. Bo sporo zdrowia potrzeba na to, by to wszystko, co szykuje mu otaczający go świat, jakoś znieść.
Trwa ładowanie komentarzy...